niedziela, 10 sierpnia 2014

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak

Broad peak to temat-samograj. Jacek Hugo-Bader okazję wykorzystał błyskawicznie, nieomal wpraszając się na wyprawę Jacka Berbeki, której celem było odnalezienie ciał Macieja Berbeki i  Tomka Kowalskiego. I rozpętał burzę. 

Pojawiły się między innymi oskarżenia o wchodzenie z butami w życie obcych ludzi, o wykorzystywanie tragedii do własnych celów, o niewłaściwe, zbyt ostre przedstawienie bohaterów, zwłaszcza zaś Jacka Berbeki, pod adresem którego w książce padło sporo ostrych słów. I wreszcie o to, że Jacek Hugo-Bader nie rozumie środowiska, o którym pisze, więcej, że nie podejmuje próby jego zrozumienia, przyrównując wyczyny himalaistów do amoku. Większość tych oskarżeń nie znajduje potwierdzenia w tekście, a sam Hugo-Bader kilkukrotnie próbował się bronić i wyjaśniać, dlaczego Długi film o miłości został napisany w taki, a nie inny sposób. Jako człowiek z zewnątrz, spoza opisywanego środowiska, miał szansę spojrzeć na Broad Peak i całą awanturę, jaka wokół niego narosła (jazgot - tak nazywa JHB medialną burzę, która przetoczyła się w Polsce) świeżym okiem, wolnym od animozji i zaszłości. Szkoda tylko, że szansę tę zmarnował.

Nie o ten nieprzemyślany „amok” tu idzie, bo Jacek Hugo-Bader podobnie jak wszyscy, którzy nie są alpinistami, próbuje zrozumieć, co pcha ludzi w tak ekstremalne warunki, co każe im się wspinać, ryzykować życie w skrajnych warunkach. Trzeba mieć w sobie jakieś szaleństwo, jakąś niepojętą tęsknotę, właściwie nie wiadomo za czym, bo przecież nie o adrenalinę tu chodzi. Hugo-Bader tę górską gorączkę próbuje uchwycić, pisze o jej pociągającym uroku, o tym jak, odbija się na twarzach himalaistów, ale jednocześnie nie potrafi zdobyć się na jej zaakceptowanie. Wciąż widzi w niej jakieś wynaturzenie, fascynujące wprawdzie, ale nie do końca ludzkie. Próbuje tłumaczyć zachowanie himalaistów chęcią ucieczki od rzeczywistości, od normalności, „podświadomą potrzebą samozagłady”.

Hugo-Bader pozornie nie chce oceniać. Pozornie, bo słowa, którymi opisuje wyprawę dość jednoznacznie wskazują, jak postrzega poszczególnych członków wyprawy i otoczenie, w którym się znalazł. Nie ocenia, ale fakty zestawia ze sobą tak, byśmy mogli bez trudu wyciągnąć wnioski. Po czym wycofuje się na bezpieczną odległość, staje się obserwatorem, podnosi ręce w obronnym geście, pokazując, że nie on jest od ferowania wyroków. Konsekwentnie realizuje swój pomysł na książkę, jakby całą wyprawę zaplanował z góry, każde słowo i każde ujęcie. Układa piętrowe metafory, sypie przymiotnikami, coraz częściej powtarzającymi się w toku opowiadania. Z prostej, przejmującej historii chce wycisnąć jak najwięcej. Mamy więc z jednej strony historię nienawiści „zwierzęco witalnego”, „gwałtownego, brutalnego” Jacka Berbeki do Adama Hajzera, który ginie niecałe dziewięć kilometrów dalej, pod Gaszerbrum I, spis oskarżeń, które wysuwają obie strony, „jazgot” internetowych komentarzy. Są w tej książce fragmenty wstrząsające, jak dramatyczny, chaotyczny zapis relacji Jacka Jawienia z odnalezienia ciała Tomka Kowalskiego, wciąż z radiem przy uchu i na wpół wypiętymi rakami, czy wizja nieodnalezionego Maćka Berbeki, zawieszonego na linie gdzieś wewnątrz nieprzebytej, nieludzkiej pustki lodowej szczeliny. Te obrazy prześladują, nie dają o sobie zapomnieć. I w tych fragmentach książka jest doskonała.

Przede wszystkim jednak dostajemy opis zmagań Jacka Hugo-Badera z pisaniem reportażu. Długi film o miłości jest książką nie tyle o Broad Peak, co o Jacku Hugo-Baderze u podnóża Broad Peak. Nie mniej i nie więcej. Hugo-Bader pisze świetnie, jest mistrzem stylu, ale wyraźnie brakuje mu na swoją opowieść pomysłu. Szuka kontrastów: między starą gwardią a młodymi wspinaczami, Jackiem Berbeką a Arturem Hajzerem, między wspinaczami, dla których najważniejsze w górach jest niesienie pomocy, a tymi, dla których liczy się zwycięstwo, sportowy wynik. Szuka bohaterów, próbuje do nich dotrzeć, namawia do zdejmowania okularów, za którymi kryją zapłakane oczy. Biega z kamerą, bo wymyślił, że nakręci swój pierwszy dokument, na stokach układa z kamieni wzniosłe hasła, zadaje podchwytliwe pytania, które jednak do niczego nie prowadzą i opisuje, jak zobaczył śmierć w oczach wspinaczy.

Może gdyby nie ten feralny wywiad w „Tygodniku Powszechnym” i spór z Jackiem Berbeką, nie trzeba by było uporczywej pustki po bohaterach zapełniać ozdobnikami, kunsztownymi, reporterskimi chwytami. I może wtedy byłby to reportaż daleko lepszy, poruszający, niebudzący aż takich kontrowersji. Bo kontrowersje te nie wynikają z samej historii, z tego, jak świeża jest to sprawa, jak wciąż się jątrzy i dzieli nie tylko środowisko alpinistów, ale i zwykłych ludzi, którzy góry widują jedynie w telewizji. Kontrowersje wynikają z samego sposobu mówienia, z próby wzniesienia się na wyżyny reporterskiej wirtuozerii, w której, niestety, znika sama opowieść. Najsilniej w tej książce działają fragmenty, w których autor się nie ujawnia. Kiedy przytaczane są suche fakty, ogołocony z komentarza zapis rozmów przez radiotelefon, komentarze internautów, słowa Adama Bieleckiego, który, zamiast bohaterem, stał się nagle kozłem ofiarnym. Być może rzeczywiście na tę książkę było za wcześnie. Temat jest ważny i poruszający, ale w sposobie opowiadania coś zgrzyta, przeszkadza w odbiorze, jakbyśmy podskórnie, nie do końca świadomie wyczuwali w słowach autora fałsz.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Maciej Wasilewski, Jutro przypłynie królowa

Nie czytajcie tej książki na urlopie. Ani przed urlopem, ani tuż po. Nie w czasie świąt, urodzin, nie wtedy, kiedy czujecie się świetnie, ani wtedy, kiedy nic nie układa się tak, jakbyście chcieli. Na taką książkę właściwie nie ma dobrego czasu.

Są reportaże, po których nie można spać w nocy. Których nie czyta się dla przyjemności, a mimo to nie można się od nich oderwać. Jutro przypłynie królowa to reportaż aspirujący do tego typu książek. Nie epatuje złem, nie pokazuje rozszarpanych ciał, ale jasno i wyraźnie mówi, że w ludziach z natury jest raczej więcej zła, niż dobra, a każdy raj można wypaczyć, zniszczyć i zamienić w piekło na ziemi.

Pamiętam, jak dawno temu, jako dziecko, oglądałam Bunt na Bounty z Melem Gibsonem. I byłam absolutnie zafascynowana niewiarygodnym faktem, że potomkowie dzielnych buntowników wciąż żyją na bezludnej wyspie, na której wylądowali po wsadzeniu kapitana do szalupy ratunkowej. Ta romantyczna wizja kompletnie mnie uwiodła: po walce z sadystycznym prześladowcą uciekli do raju, w którym założyli własne państewko, wolne od jakiejkolwiek kontroli, z dala od świata i jego zepsucia, wydarli światu  kawałek tylko dla siebie. I najwyraźniej powiodło im się, bo na Pitcairn wciąż żyją ich dzieci.

Jutro przypłynie królowa rozbija tę wizję, pokazując, że zamknięta, odizolowana społeczność zamienia się w więzienie, w którym ludzie stają się dla siebie nawzajem katami. Na wyspie, na której wspólnota jest podstawą przetrwania, zasada „jesteś z nami lub przeciwko nam” staje się przerażająco dosłowna. Zbrodnie natomiast uchodzą płazem, bo zbrodniarze są najważniejszym ogniwem społeczności, bez którego inni nie będą w stanie przetrwać. Okrucieństwo staje się codziennością, a patriarchalizm przyjmuje skrajną formę, w której kobiety przestają nawet być ludźmi, stają się częścią inwentarza, przedmiotem do użytku w razie nudy.

W którejś recenzji padło pytanie, po co Wasilewski napisał tę książkę. Dlaczego wybrał ląd, o którym w naszym kraju wielu czytelników zapewne w ogóle nie słyszało. Temat, jeśli się go już odkryje, jest pozornie łatwy, kto bowiem nie będzie porażony okrucieństwem mieszkańców Pitcairn? To nie jest książka wybitna, a w czasie lektury może nieco przeszkadzać jej chaotyczny układ i zbyt widoczne chwyty, które mają w czytelniku wywołać konkretne odczucie. Trzeba jednak Wasilewskiemu oddać sprawiedliwość: dotarł do bohaterów, namówił zamkniętą, wrogą wobec dziennikarzy społeczność do mówienia i napisał bardzo sprawny reportaż. Po co go pisał? Być może po to, by kolejny raz przypomnieć, że ludzie w pewnych warunkach stają się potworami. A może po to, by nauczyć nas patrzeć krytycznie na foldery reklamujące ziemskie raje.

piątek, 1 sierpnia 2014

Pierre Lemaitre, Ofiara

Wszystko w powieści Pierre’a Lemaitre’a wydaje się realizować schemat kryminału. Znajdziemy tu bowiem detektywa, zbrodnię, dochodzenie i zaskakujący zwrot akcji pod koniec. Poza tym jednak francuski pisarz robi, co w jego mocy, by ten schemat przekroczyć.

Historię ostatniego śledztwa komisarza Verhoevena śledzimy z perspektywy trojga bohaterów: samego Verhoevena, zbrodniarza i jego ofiary. Każde z tych spojrzeń przedstawia te same wydarzenia w nieco innym świetle. Czytelnik zostaje zatem wyposażony w dużo większą wiedzę niż komisarz, co niektórych fanów kryminału może irytować. Gra, którą podejmuje z nami Lemaitre polega nie na tym, czy pierwsi domyślimy się, kim jest tajemniczy oprawca. Nie mamy szansy odkryć prawdy, a fabuła Ofiary w żadnym wypadku nie przypomina klasycznego Morderstwa w Orient Ekspresie. Chodzi o to, czy Verhoeven zdąży rozwikłać sprawę, zanim będzie za późno. Akcję śledzi się zatem nie jak fascynującą zagadkę, ale jak fabułę powieści sensacyjnej czy thrillera. Widzimy zbliżającego się mordercę, błyska ostrze noża, ofiara kuli się ze strachu, a czytelnik zastanawia się, czy pomoc przybędzie na czas.

Lemaitre ma ciekawy styl, wyróżniający go na tle innych autorów kryminałów. Akcja postępuje szybko, a sposób opowiadania wywołuje wrażenie, że kolejne wydarzenia rozgrywają się tu i teraz, na naszych oczach. Od Ofiary trudno się oderwać, nawet wtedy, gdy fabuła zaczyna nieco rozczarowywać. Co ciekawe, zawodzi nie tyle sama historia, ile raczej główny bohater, którego czyny nie do końca odpowiadają narratorskiemu opisowi. Autorom kryminałów zdarza się wprawdzie wyprowadzać swoich bohaterów na manowce, próbując w ten sposób uczłowieczyć detektywów-herosów. Ale w przypadku Lemaitre’a następuje rozdźwięk między charakterystyką Verhoevena i związanymi z nią oczekiwaniami czytelników a rozwojem fabuły.

Najbardziej rozczarowuje jednak coś, co nie zależy od samego autora. Zaskakujący zwrot akcji pod koniec powieści byłby zdecydowanie ciekawszy, gdyby wydawca nie postanowił umieścić w opisie książki, który znajdziemy na okładce, spoilera o naprawdę dużych konsekwencjach dla fabuły. To, co w założeniu miało zaciekawić potencjalnego nabywcę, ostatecznie psuje odbiór powieści. Wyjaśnienie zagadki tożsamości sprawcy będzie zaś niestety niejasne dla znakomitej większości czytelników, ponieważ nierozerwalnie łączy się z fabułą pierwszej, wciąż nieprzetłumaczonej części trylogii o komisarzu Verhoevenie.

Ofiara to niezły kryminał, trzymający w napięciu i bardzo sprawnie napisany. Kto jednak woli mroczne skandynawskie klimaty lub klasyczną Agathę Christie, nie będzie raczej zachwycony najnowszymi przygodami komisarza Verhoevena.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Xięgarnia.pl

sobota, 19 lipca 2014

Paul Bowles, Podróże. Pisma zebrane 1950-1993

Podróżowanie jest sztuką. Wymaga otwartego umysłu, talentu, spostrzegawczości i przenikliwości. W przeciwnym razie jest tylko przemieszczaniem się i powierzchowną obserwacją. W czasach, w których świat wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a niskiej jakości książki podróżnicze zalewają nie tylko rynek, ale i czytelniczą świadomość, Paul Bowles przypomina, jak niezwykłym doświadczeniem może być spotkanie z inną kulturą. I jak bardzo podróżnik różni się od turysty.

Paul Bowles, ojciec chrzestny beat generation i amerykańskich hipsterów, znaczną część życia spędził poza Stanami Zjednoczonymi, mieszkając m. in. w Paryżu, na Cejlonie i – przede wszystkim – w Maroku. „Podróże” to powstające od wczesnych lat 50. reportaże z tych miejsc, opowieści o paryskiej bohemie, codzienności Tangeru, Fezu czy Cejlonu, o samotności Sahary, o ludziach, muzyce i przemianach politycznych. Bowles w swoich wyprawach nie jest turystą, ale podróżnikiem, wędrowcem, gotowym na spotkanie z inną kulturą, na próbę jej poznania i zrozumienia. W każdym z miejsc, do których się udaje, stara się poznać mieszkańców, rytm życia, zapach wiatru i zagadki kryjące się w zaułkach wąskich ulic. A potem przybliżyć ten odległy świat czytelnikom.

Świadomość Bowlesa można nazwać postkolonialną. Do Innego podchodzi z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, ale nie bezkrytycznie. Nie stroni od osobistego komentarza, ale jednocześnie nie feruje wyroków. W kolejnych tekstach widać ewolucję jego poglądów, zwłaszcza zaś postępujące zniechęcenie wobec cywilizacji Zachodu, która coraz łapczywiej zagarnia kolejne tereny należące dotąd do innych kultur. Ale Bowles nie szuka w swoich podróżach cepelii, nie chce za wszelką bronić siebie i innych przed postępem ani tworzyć kulturowych skansenów. Stawia raczej na mariaż starego z nowym, na mądry postęp, który nie neguje tradycji. Jest w tym myśleniu niezwykle współczesny, a jego reportaże, mimo upływu dekad, wciąż wydają się niezwykle świeże i aktualne.

„Podróże” to pisarstwo najwyższej próby, lekkie, wnikliwe, na wskroś przesiąknięte intelektem autora. Bowlesowi udaje się za pomocą słów oddać fascynujący urok odwiedzanych przez siebie miejsc, pokazać czytelnikowi zarys tej tajemnicy, którą sam stara się wytropić w swoich wyprawach. Piękny, melodyjny i jednocześnie niezwykle plastyczny język prowadzi przez kolejne kraje, miasta i krajobrazy. Jeśli dać się mu ponieść, przez chwilę można naprawdę poczuć duszne powietrze tangerskiej kawiarni i usłyszeć śpiew muezina.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Xięgarnia.pl

środa, 16 lipca 2014

Jennifer Clement - Prawdziwa historia oparta na kłamstwach

Opowiedziana z perspektywy służących historia Leonory to gra z konwencją południowoamerykańskiej telenoweli. Uboga służąca, bogata rezydencja i przystojny pan domu. Romans i nieszczęśliwa miłość. Tyle, że w wersji Jennifer Clement nie ma happy endu, a romans w niczym nie przypomina tego z telewizyjnego ekranu.

Oddana przez matkę do zakonu i nauczona, że dobra dziewczyna nigdy nie mówi „nie”, Leonora zostaje służącą w bogatym domu państwa O’Connor. W domu pracują także kucharka Sofia oraz tajemnicza Josefa, porozumiewająca się z otoczeniem za pomocą pojedynczych, enigmatycznych słów. Tak zaczyna się powieść amerykańsko-meksykańskiej pisarki Jennifer Clement.

Clement swoją opowieść buduje na ostrych opozycjach. Z jednej strony mamy więc świat miejscowych służących, z drugiej – świat właścicieli, przybyszów z zewnątrz, tych lepszych i bogatszych. Oba te światy są niewspółmierne i nieprzechodnie, co Clement wielokrotnie podkreśla. Mądrość ludowa zostaje przeciwstawiona książkowej wiedzy, męska wolność, w tym także od konsekwencji własnego działania – kobiecej podległości. Zewnętrzne milczenie Leonory kontrastuje z bogactwem języka, którym posługuje się w zapisanych kursywą myślach. Wreszcie, prostota historii zostaje zderzona ze skomplikowaną formą powieści. Kilku narratorów i różne plany czasowe stopniowo odkrywają przed czytelnikiem kolejne piętra tytułowego kłamstwa i opartej na nim rodzinnej tajemnicy. Tym, co jednak najbardziej rzuca się w oczy, są wspomniane już wyróżnione kursywą krótkie fragmenty przemyśleń, cytatów z Biblii i wierszy, którymi ktoś – Leonora, a może niewidoczny chór rodem z antycznych tragedii – komentuje każdy kolejny akapit. Te krótkie zdania, często składające się z pojedynczych słów są czymś w rodzaju pomostu pomiędzy bohaterką a światem, sposobem przełożenia tego, co niezrozumiałe, na jej wewnętrzny, utkany z cytatów język.

Skomplikowanie formalne powieści nie przekłada się niestety na jej jakość. „Prawdziwa historia oparta na kłamstwach” w swojej barokowości, nadmiarze środków, metafor, poetyckich wstawek i głębokich przemyśleń niebezpiecznie przechyla się w stronę egzaltowanej powieści z tezą. Wygłaszane przez bohaterki przemyślenia brzmią sztucznie, podobnie jak wszechobecny symbolizm, a pisane kursywą fragmenty oscylują pomiędzy doskonałym wglądem w umysł Leonory a śmiesznością. Tym, co ostatecznie broni Clement przed pretensjonalnością, jest hipnotyzująca siła narracji, wprowadzająca w trans melodyka uproszczonego, na poły mistycznego języka „miotłowego dziecka”, jak samą siebie określa bohaterka.

Powieść Jennifer Clement to ciekawostka na jeden, niezbyt długi wieczór, intrygująca magnetycznym stylem i językiem. Obawiam się jednak, że mimo to nie zostanie w pamięci czytelnika zbyt długo.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Xięgarnia.pl

wtorek, 8 lipca 2014

Damon Galgut, W obcym pokoju


Damon, bohater i porte parole autora książki „W obcym pokoju” jest outsiderem. Nie potrafi znaleźć swojego miejsca, mieszka kątem u znajomych, nie ma stałej pracy. Aby uciec od przytłaczającej codzienności, rusza w świat, czyniąc z podróżowania sposób na życie.

Powtarzającym się w tej książce motywem jest ucieczka. Kompulsywne podróżowanie nie służy zwiedzaniu i poznawaniu świata, nie prowadzi też do samopoznania. Kierunek i cel nie są istotne. Liczy się tylko nieustanne przemieszczanie się, bycie w ruchu i rozciągnięte w nieskończoność „teraz”. Po drodze Damon podejmuje heroiczne niemal próby nawiązania relacji z innymi ludźmi, ale każda z nich musi nieuchronnie skończyć się katastrofą. Jeśli jednak będzie uciekał dość szybko i dość daleko, wszystko – ludzie, przywiązanie, obowiązki, przyszłość i przeszłość – powinno oderwać się w biegu i zgubić po drodze.

Damon-narrator patrzy na opisywane wydarzenia z góry, z perspektywy na tyle odległej, że o sobie z przeszłości mówi: „on”. Do opowiadania używa czasu teraźniejszego i trzeciej osoby, co daje wrażenie wiwisekcji, próby wytłumaczenia zachowania tego na poły obcego Damona z przeszłości nie tylko innym, ale i sobie. To gest podwójnej ucieczki: w podróż i jednocześnie w pewną formę mówienia o niej. Tym większe jest zaskoczenie i kontrast, gdy co jakiś czas w tej przemyślanej strategii pojawia się pęknięcie. Emocje biorą górę nad rozumem i narrator zaczyna mówić w pierwszej osobie, podkreślając tym samym, jak trudno jest opowiadać o sobie spokojnie i z dystansu.

„W obcym pokoju” jest książką niezwykle sugestywną, wciąga w swoją niepokojącą narrację, wchodzi pod skórę jak drzazga. Siła tej powieści leży w nieustannej oscylacji pomiędzy oschłą szczerością wyznań a dramatycznym zaangażowaniem, pomiędzy obcym z przeszłości, a przeżywającym wszystko na nowo narratorem, wreszcie pomiędzy specyficzną formą a budzącymi coraz większe emocje wydarzeniami. Zasłużona nominacja do Bookera. I tylko szkoda, że polskie wydanie graficznie pozostawia wiele do życzenia.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Xięgarnia.pl

środa, 2 lipca 2014

Magdalena Rittenhouse, Nowy Jork



Zwykłe przewodniki są passe. Czytelnicy i podróżnicy pragną czegoś więcej niż spisu budynków i mapki z zaznaczoną najbardziej ekonomiczną trasą. Zwiedzanie staje się wędrówką, a zaliczenie kolejnych podpunktów na liście zabytków musi ustąpić mniej lub bardziej spontanicznemu zagubieniu się w obcej przestrzeni.

Nowy Jork Magdaleny Rittenhouse, ukazujący się w ramach doskonałej „Serii Amerykańskiej” wydawnictwa Czarne, jest taką właśnie próbą zagubienia się w najsłynniejszym mieście obu Ameryk, czymś pomiędzy książką historyczną, przewodnikiem a reportażem. Składa się z trzech części, w których kolejno opisywane są historie najbardziej rozpoznawalnych punktów miasta. Mamy więc dramatyczną historię powstania Mostu Brooklińskiego, nieprawdopodobny zamysł stworzenia Central Parku, dzieje New York Timesa, czy wreszcie wciąż aktualny spór o meczet w okolicach zburzonych Twin Towers.

Książka jest rzetelnie opracowana, podparta badaniami historycznymi i bibliografią, i sprawnie napisana. Fakty przeplatają się z osobistymi uwagami autorki, z opowieścią o jej prywatnym odkrywaniu miasta, a wszystko układa się w przemyślaną konstrukcję. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czegoś w tej opowieści brakuje, jakiejś iskry, która ożywiłaby wyłaniający się z kart Nowy Jork. Miasto w ujęciu Rittenhouse jest milczące, jak statyczna pocztówka, a autorka nie potrafi sprawić, by przemówiło. Pisze o tętniącym życiem tyglu, o pędzie, który każe iść wciąż naprzód, o energii, dzięki której miasto, mimo upadków i katastrof wciąż pnie się w górę, coraz wyżej i wyżej. Ale tę energię czuć w jej opowieści niezwykle rzadko.

Paradoksalnie, Rittenhouse wypada najlepiej, kiedy traci z oczu swój cel, kiedy rezygnuje z relacjonowania, czy to faktów, czy własnych przemyśleń, i daje się ponieść słowom i często niejednoznacznym uczuciom, jakie żywi w stosunku do Nowego Jorku. Fascynację miastem widać zwłaszcza wtedy, gdy wyłania się z tekstu nie bezpośrednio, ale jakby przy okazji, jako skutek uboczny narracji. W takich, niestety nielicznych fragmentach można się otrzeć o zrozumienie, na czym polega fenomen Nowego Jorku. Książka Rittenhouse sprawdzi się zatem jako rozbudowany przewodnik z licznymi anegdotami i ciekawostkami. Nowy Jork jednak moim zdaniem zasługuje na coś więcej.