niedziela, 30 marca 2014

Joanna Bator, Japoński wachlarz. Powroty.



Dzisiaj książka wprawdzie nienajnowsza, ale nie mogę się powstrzymać, by nie napisać o niej kilku słów i, jednocześnie, przyznać się do poważnej czytelniczej pomyłki.

Moją znajomość z Joanną Bator można zaliczyć do tych z gatunku Dumy i uprzedzenia - bardzo złe początki i happy end. Początek to w tym wypadku Chmurdalia, którą, wstyd się przyznać, porzuciłam niedoczytawszy nawet do połowy. Od tamtej pory głosiłam, że to musi być raczej miałkie pisarstwo, skoro nie przebrnęłam, a zwykle walczę ze sobą, by jednak ukończyć każdą, nawet słabą książkę. Chmurdalia mnie znudziła, za nic nie mogłam się wciągnąć w lekturę, wspominam te kilkadziesiąt stron jako drogę przez mękę. Zdziwiłam się więc niepomiernie, gdy Bator dostała Nike za Ciemno, prawie noc, zwłaszcza, że wiele osób, które cenię za ich literacki gust powątpiewało w zasadność przyznania tej nagrody i głośno wyrażało swoje niezadowolenie. Uznałam więc Bator za kolejny casus Masłowskiej: albo się ją kocha, albo nie i tyle. A ja nie kochałam i, znowu muszę uderzyć się w piersi, nie próbowałam nawet sięgnąć po Ciemno, prawie noc.

Potem, na fali nieujarzmionej japoniofilii, sięgnęłam po nowe wydanie Japońskiego wachlarza z podtytułem Powroty. I wpadłam. Wpadłam na całego, po czubek głowy i nie było mnie przez tydzień z okładem. Co za język! Płynny, melodyczny, z wyraźną nutą nostalgii, lekki, zabawny, tęskny i wzruszający. Mogę mnożyć przymiotniki w nieskończoność. To nie jest powieść, nie ma tu fabuły, która mogłaby mnie wciągnąć, nie jest to też reportaż z podróży czy opowieść o innej kulturze. Jest tylko płynąca gładko opowieść o pewnych doświadczeniach, fragmenty pocztówek złożonych ze słów, wspomnień, relacji. Opowieść ułożona według niejasnego klucza: poszczególne, krótkie rozdziały nie są ułożone chronologicznie, trudno też mówić o wyraźnym podziale tematycznym. Fragmenty łączą się w całość raczej za pomocą skojarzeń, a każdy kolejny esej to mieszanka wspomnień, opowieści spotkanych ludzi, przemyśleń autorki i wiedzy historycznej.

Bator wyraźnie zaznacza, z jakiej pozycji pisze, nie ukrywa swojego subiektywnego spojrzenia. Obiektywizm to przereklamowana reporterska utopia – lepiej jest zdawać sobie sprawę z własnej inności, zaakceptować ją, a następnie otworzyć się na Innego – taka myśl zdaje się przyświecać Joannie Bator i jest to podejście w mojej opinii doskonałe. Bator nie chce pisać o wszystkim, wybiera elementy, które z różnych powodów są dla niej najciekawsze, lub zrobiły na niej największe wrażenie. Już sam wybór tematów jest subiektywny, znaczna ich część dotyczy kobiet i ich udziału w kulturze japońskiej. Bator nie ukrywa, że mówi ze swojego punktu widzenia, chętnie przemyca swoje poglądy i przemyślenia, pozostając jednocześnie niezwykle uwrażliwiona na kulturowe niuanse.

Japoński wachlarz to nie laurka wystawiona Japonii, zapis zachwytów ani też gabinet osobliwości. Autorka - gaijinka – czyli obca, pisze o rzeczach, które ją w Japonii fascynują, dziwią i szokują, pisze o tym, co piękne i egzotyczne, ale i o tym, co jest jej zupełnie obce, co nieomal przyprawia o mdłości. Jej analizy są zawsze wnikliwe, wielostronne, jakby starała się dotrzeć do źródła tego, co właśnie opisuje. Jak sama pisze, musi „ruszyć w dżunglę znaków, robić notatki, pisać i kreślić, szukać drogi.” Właśnie to szukanie drogi jest w tej książce kluczowe. Bator chce zagubić się w labiryncie tokijskich uliczek, obcych znaków, w labiryncie opowieści poznanych ludzi. Jest otwarta na wszystko, co poznaje, stara się nie tylko „obejrzeć” inną kulturę, powierzchownie, jak turysta na wycieczce objazdowej, który z aparatem w ręku biegnie od jednego zabytku do drugiego, ale przede wszystkim – zrozumieć ją. A przynajmniej podjąć próbę zrozumienia. Nie wydaje wyroków, nie ocenia, pozwala Japonii być niezrozumiałą, nieprzejrzystą, obcą. Być może odarta ze swej dziwności, z tego, co niepojęte – Japonia przestałaby fascynować?

Japoński wachlarz to także językowa perełka. Styl Bator jest po prostu piękny. Czarujący i lekki, wciąga od pierwszych zdań. Jest w nim jakiś tajemniczy rytm, jakby słowa układały się w takt urzekającej melodii. Opowieść płynie, a Joanna Bator, jak bajarz, prowadzi czytelnika przez meandry japońskiej kultury, uchylając przed nim na chwilę zasłonę skrywającą to, co tajemnicze i fascynujące. Jest pośrednikiem między dwiema kulturami, tłumaczy, wyjaśnia, ale przede wszystkim – rysuje niezwykłą panoramę. I nawet ci, którzy nigdy nie interesowali się Japonią, zostaną wciągnięci w ten świat za pośrednictwem językowej urody Japońskiego wachlarza.

A ja oczywiście biegnę teraz przeczytać Ciemno, prawie noc.

poniedziałek, 24 marca 2014

Neil Gaiman, Ocean na końcu drogi

Gaiman jest geniuszem. Stwierdzenie to należy przyjąć jako aksjomat i zaakceptować. Wyjątkowo słaby tomik opowiadań Dym i lustra trzeba wymazać z pamięci, jakby nigdy nie powstał, ba, jakby nigdy nie był nawet planowany, i wtedy można już z całą stanowczością opowiadać, że wszystko, co stworzył brytyjski pisarz, jest absolutnie wspaniałe. Jasne, nie wszystkim musi się podobać przejście od doskonałej urban fantasy do bajek dla dzieci, ale powiedzmy sobie szczerze: w Koralinie czuć tę samą aurę niezwykłości i obcowania z nieznanym, co w Nigdziebądź czy Amerykańskich bogach.

Ocean na końcu drogi, pierwotnie zaplanowany jako krótkie opowiadanie, przypadkowo rozrósł się do rozmiarów książki, niezbyt wprawdzie obszernej. Jeśli, niebacznie, rozpocznie się czytanie po śniadaniu, może czytelnika nagle i niespodziewanie zastać wieczór. Książkę czyta się naprawdę szybko, niemal jednym tchem, bo autor, uwiódłszy czytelnika pierwszymi zdaniami, ma nad nim niepodzielną władzę aż do ostatniej strony. Fabuła jest tu w gruncie rzeczy bardzo prosta, o konstrukcji podobnej do baśni czy też może raczej mitu. Niespodziewane zdarzenie uruchamia lawinę niepożądanych wydarzeń, a w ich epicentrum tkwi dziecięcy narrator. Rozpoczyna się walka dobra ze złem, światła z ciemnością, które ma doprowadzić do przywrócenia zachwianej równowagi. Na szczęście bohater nie musi stawić czoła niebezpieczeństwu w pojedynkę. W walce pomogą mu mieszkanki sąsiedniego domu: trzy kobiety, noszące nazwisko Hempstock, córka, matka i babcia, które podejrzanie przypominają celtyckie potrójne boginie i bardzo lubią księżyc w pełni. Nie tylko wiedzą one, jak wycinać z pamięci dorosłych niewygodne wspomnienia, ale zdają się mieć do dyspozycji swój własny, osobisty ocean, który można zmieścić do wiadra, jeżeli tylko ładnie poprosi się Starszą Panią Hempstock.

Wszystko w Oceanie... jest bardzo gaimanowskie: na poły mityczne postacie, klimat sennego koszmaru, z którego z jednej strony chcemy się jak najszybciej obudzić, z drugiej zaś pragniemy odkryć jego sekrety, wiedzeni ciekawością dziecka, które śmiało zagląda do paszczy lwa. Jest tu też wszechobecna tajemnica, którą ścigamy przez kolejne strony, a która cały czas wymyka nam się z rąk, pozostawiając jedynie strzępki niejasnych informacji. Trzeba wejść w tę opowieść głębiej, jak w tytułowy ocean i dać się pochłonąć  pięknej, wartkiej narracji, aż do samego końca, który pozostawia czytelnika z niejasnym przeczuciem, że przeżył niesamowitą przygodą, której nigdy nie do końca nie pojmie. I nie może pojąć, bo z mitami się nie igra i nie wszystkie tajemnice można bezkarnie rozszyfrować.

9/10, bo czuję, że z tej historii można było wycisnąć jeszcze więcej. W tym 0,5 pkt za wspaniałą okładkę, którą mam ochotę zawiesić sobie na ścianie i marzyć przy niej o innych światach.

wtorek, 18 marca 2014

Odzyskiwanie klasyki



W ostatnim czasie wydawnictwo MG postanowiło odkurzyć dzieła sióstr Brontë, ze szczególnym uwzględnieniem Charlotte, która była ponoć w istocie autorką wszystkich powieści sygnowanych nazwiskiem słynnych sióstr (po więcej informacji na ten temat odsyłam do książki Eryka Ostrowskiego, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące – co za doskonały tytuł!).  Siostry Brontë, dotychczas wepchnięte do starego kufra wraz z gałgankami i wyliniałymi koronkami, otrzymały nowe, twarde i ładnie zaprojektowane okładki, żółknący papier i elegancką czcionkę. I naprawdę dobrą, przemyślaną akcję promocyjną: ktokolwiek interesuje się literaturą i nowościami wydawniczymi został niemal zasypany informacjami, newsami i okładkami. Punkty do księgarskiego raju wydawnictwo otrzymuje także za wprowadzenie na polski rynek kilku niepublikowanych dotąd powieści, w tym całkiem dobrego Profesora, którego właśnie kończę czytać. Książki musiały sprzedać się nieźle, bo ze świecą szukać ich w tzw. tanich książkach i na przecenach, a w księgarniach wciąż straszą sporymi cenami.

A zatem opłaca się wydawać klasykę, mało tego, klasykę, która nie ma szans powodzenia wśród uczniów czy snobów, którzy muszą mieć na półkach eleganckie wydanie dzieł zebranych Szekspira (o których, jako że także jestem snobką, marzę od lat). To nie tylko klasyka i staroć, ale w dodatku staroć kobieca, nieodłącznie kojarzona z telewizyjnymi kostiumowymi adaptacjami, które gospodynie domowe oglądają z zapartym tchem przypalając jednocześnie obiad. Staroć, z jednej strony odrzucana jako niemodna ramota, z drugiej jako realizacja kobiecych fantazji o mężczyźnie idealnym, niegodna współczesnych emancypantek. Staroć, którą czyta się do poduszki, pod kołdrą i w ukryciu. Prawda? Widać nieprawda, bo Charlotte Brontë jest ostatnio wszędzie – na portalach książkowych, na blogach i w tramwajach. Uwielbienie dla powieście kobiecej spod znaku Jane Austen i sióstr Brontë na pewno nie maleje i zdecydowanie nie powinno. To literatura najwyższych lotów, bez względu na monotonność tematyki. Zresztą, o ile Jane Austen można posądzać o realizowanie wciąż tego samego motywu, o tyle ci, którzy pokuszą się o poznanie dorobku Charlotte Brontë i jej sióstr (wymyślonych czy też nie), zobaczą, że to nie tylko pisarka niezwykle uzdolniona, o doskonałym wyczuciu i zmyśle narracyjnym, ale też wszechstronna obserwatorka rzeczywistości. Dziwne losy Jane Eyre, które znają już chyba wszyscy, choćby z kilku lepszych i gorszych ekranizacji, jest bodaj najbardziej niezwykłą powieścią kobiecą sprzed ery feminizmu. Tytułowa bohaterka jest nie tylko kobietą wygadaną i marzącą o wolności niedostępnej kobietom (genialny w swej prostocie słynny monolog  o pragnieniu wydostania się z domu-klatki, skrytykowany przez Virginię Woolf we Własnym pokoju), ale przede wszystkim – znającą swoją wartość, dumną, samodzielnie stawiającą czoła przeciwnościom losu. Dodajmy do tego klimat quasi-horroru, upiorne głosy na wrzosowisku i wątek obłąkanej żony Rochestera, a wszystko podane przy pomocy pięknej narracji i mamy naprawdę doskonałą, wielowymiarową powieść.

Ale moje zachwyty rzadko idą w parze z planami wydawniczymi. Wiadomo, książka musi się spodobać nie tylko fanom i notorycznym bibliofilom – musi być też atrakcyjne dla potencjalnych klientów i po prostu dobrze się sprzedać. Przykład doskonałej kampanii wydawnictwa MG pokazuje, że klasykę i starocie da się przedstawić w ciekawy sposób, da się do nich zachęcić szersze grono odbiorców. I przede wszystkim – da się na nowo odkryć urodę książek, których sława wydaje się przemijać lub które omówiono już tyle razy, że na samo wspomnienie o tytule każdy przewraca oczami. Czekam zatem na kolejne, tak doskonałe serie wydawnicze. Może czas na Dickensa albo George Elliot?

PS. Wydawnictwo MG właśnie wypuściło na rynek nowe wydanie Don Kichota Miguela de Cervantesa. Okładka jest wprawdzie fatalna (fatalna!), ale idea doprawdy szczytna!

sobota, 15 marca 2014

Autorka na weekend: Banana Yoshimoto



Bananomania to stan umysłu.

Książki japońskich autorek wydają mi się w pewnym sensie podobne. Być może jest to uwarunkowane sposobem czytania czy też moim podejściem do nich, ale zdaje się, że nie jestem w tej opinii odosobniona. Nie jest to oczywiście w najmniejszym nawet stopniu wada tych powieści, wręcz przeciwnie, te cechy, które wydają mi się wspólne, decydują właśnie o uroku powieści Banany Yoshimoto, Hiromi Kawakami czy Yoko Tawady. Ich książki są jednocześnie proste i oniryczne, cechują się płynnością narracji, pewnym sennym klimatem wspomnień, lekkością i trafnością obserwacji.

Banana Yoshimoto, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych wymienionych wyżej autorek, nie wprowadza do swych powieście elementów fantastycznych, tego, co nierealne czy pochodzące ze świata japońskich wierzeń. Jej powieści są zanurzone w rzeczywistości, a mimo to towarzyszy im zawsze wrażenie ulotności, jakbyśmy na kartach książki widzieli czyjeś niewyraźne wspomnienia, rozmyte przy brzegach i delikatne. W Polsce wydano tylko dwie książki tej autorki: słynną Kuchnię, która przyniosła Bananie zawrotną popularność w Japonii, oraz Tsugumi


„Depczę po swoim cieniu, który wydłuża się i skraca, gdy mijam latarnie.” [Kuchnia]

Banana Yoshimoto zadebiutowała Kuchnią w 1988 roku. Książka okazała się hitem, a autorka z dnia na dzień stała się idolką tysięcy młodych Japończyków. Do dzisiaj w samej Japonii ukazało się 60 wydań tej niedługiej powieści. Rok później powstała wspomniana już Tsugumi, na podstawie której 1990 roku został nakręcony film. Banana wydała jeszcze kilka kolejnych powieści, które, niestety, wciąż nie zostały wydane w Polsce. Kuchnia składa się w istocie z dwóch dłuższych opowiadań, tytułowej Kuchni  oraz Moonlight Shadow. Pierwsze opowiadanie to losy Mikage, która po śmierci babci zostaje przygarnięta przez swojego kolegę, Yuichiego i jego nieco ekscentryczną matkę.  Na czym owa ekscentryczność polega nie mogę niestety wyjaśnić, ponieważ dobrze jest odkryć to samemu. Moonlight Shadow to zapis zmagań z żałobą po śmierci ukochanej osoby. Natomiast druga powieść, Tsugumi, to wspomnienia z okresu dorastania narratorki Marii i historia jej kuzynki, tytułowej Tsugumi, chorowitej piękności o niewyparzonym języku. 

„Dzisiaj wieczorem też jest głęboka ciemność i trudno oddychać. Wieczór, kiedy każdy aż do końca walczy z przygnębiającym, ciężkim snem.” [Kuchnia]

Dlaczego właśnie Banana? Co takiego jest w tych dwóch skromnych rozmiarów książeczkach, co spowodowało masową histerię? Są to przecież w gruncie rzeczy nieskomplikowane opowieści , mówiące o wchodzeniu w dorosłość, o stracie, o bólu samotności i przezwyciężaniu go, o miłości i przyjaźni. Historie opowiadane z punktu widzenia dziewczyn, często zagubionych, tęskniących do ulotnej przeszłości, dziewczyn, które próbują znaleźć dla siebie miejsce w świecie. Wydawałoby się, że to fabuła, jakich wiele. A jednak Banana Yoshimoto tworzy z niej delikatny, jakby impresjonistyczny obraz złożony z przedmiotów, miejsc i ludzi, utkany z rozmów i obrazów. Styl jej powieści jest jednocześnie prosty i elegancki, nieco oniryczny i niezwykle łagodny, smutny i napawający optymizmem. Przede wszystkim jednak, Banana w bardzo czuły sposób odmalowuje swoje bohaterki, jakby, opisując je, chciała je jednocześnie pocieszyć, ukoić i zamknąć w powieściowym słoiku ich doświadczenie. Ten słodko-gorzki katalog wspomnień z młodości kolekcjonuje to, co dobre i to, co bolesne. Banana Yoshimoto zdaje się mówić, że każde, nawet złe zdarzenie, o którym chciałoby się zapomnieć, jest w pewien sposób cenne i warte utrwalenia, ponieważ wpływa na człowieka, zmienia go i czyni tym, kim jest.

Póki co muszę niestety zadowolić się dwiema powieściami Banany w języku polskim lub sięgnąć po wydania anglojęzyczne. Po cichu liczę, że wydaniem pozostałych utworów zajmie się wydawnictwo Karakter – Banana Yoshimoto z ich pięknym okładkami, to dopiero byłaby gratka!

środa, 12 marca 2014

Jaume Cabré, Wyznaję


Książka roku 2013. 

O Wyznaję powiedziano już wiele. Nazywano ją monumentalną, doniosłą, wybitną. Nazywano ją studium zła, powieścią-katedrą, wnikliwą analizą natury ludzkiej. Ja nazwałabym ją przede wszystkim opowieścią o kolistości czasu. O tym, że nic tak naprawdę nie ulega zmianie, że ludzie o różnych imionach, żyjący w różnych częściach świata i w zupełnie innym czasie w gruncie rzeczy są tacy sami, do tego stopnia, że ich głosy zlewają się w jeden. Linia czasu ulega w tej powieści zapętleniu, wydarzenia, które dzielą wieki, dzieją się równocześnie, jak gdyby ktoś ścisnął i spłaszczył czterowymiarową przestrzeń naszego wszechświata do płaskich dwóch wymiarów. To samo zło powtarza się w różnych momentach historii, te same słowa padają z ust inkwizytora i hitlerowca, oprawcy i ofiary. A w całej tej kakofonii zła tkwi człowiek, jednostka, która musi odnaleźć swoje miejsce i określić siebie wobec własnej historii, spuścizny przodków.

Metoda narracyjna, którą przyjął Jaumé Cabre, jest jedyna w swoim rodzaju i to zapewne ona w znacznej mierze decyduje o wrażeniu obcowania z dziełem wyjątkowym czy wręcz wybitnym. Widać w tej powieści odległe echo Marqueza, który także miał specyficzne podejście do czasu, a swoje historie rozciągał na całe pokolenia. Wyznaję jest historią nie tylko głównego bohatera, Adriana, który, opętany przez książki, przedmioty i historie, stara się objąć rozumem zło w ludziach, które nadchodzi z każdej, nawet najbardziej nieoczekiwanej strony i które dostrzega też w otaczających go ludziach i w samym sobie. Jego opowieść przeplata się z ogromem innych opowieści: mnicha z zakonu, przedstawionego na obrazie wiszącym w domu rodzinnym Adriana, hitlerowskiego lekarza z obozu koncentracyjnego, powiązanego w niezrozumiały sposób z jego rodziną, pierwszego właściciela skrzypiec należących do Adriana czy wreszcie jego ojca, niedoszłego księdza i bezlitosnego kolekcjonera dzieł sztuki. Wszystkie te opowieści zbiegają się wreszcie w jeden punkt, zwornik całej historii-katedry, jakim jest Adrian. Misterna układanka stopniowo ujawnia swą złożoność przed czytelnikiem, odsłaniając kolejne warstwy, połączenia i odnogi. Cała przeszłość zdaje się istnieć tylko po to, by dotrzeć do teraźniejszości, ukazując, jak bardzo skomplikowane mogą być związki między pozornie obcymi sobie ludźmi, między przedmiotami i zdarzeniami z przeszłości.  Jaume Cabre pokazuje, że wszystko, choćby wydawało się mało znaczące, ma swoją opowieść, a splot tych opowieści decyduje o tym, jak wygląda nasze życie. Zło uzyskuje w tym kontekście szczególną rolę, staje się z jednej strony siłą napędową wydarzeń, z drugiej zaś – uciążliwym, dręczącym bagażem, od którego nikt nie jest naprawdę wolny.

Co ciekawe, to naprawdę pokaźnych rozmiarów tomiszcze czyta się zaskakująco dobrze i szybko. Historia wciąga błyskawicznie i nie puszcza właściwie aż do ostatniej strony. Początkowo prosta opowieść zaczyna się rozwidlać, jak ścieżka w lesie i wkrótce czytamy jednocześnie wiele powieści, a każda z nich jest równie fascynująca.  Oczywiście, można próbować się od nich oderwać, w celach tak prozaicznych jak sen, ale ostrzegam, nie jest to łatwe. A przeczytanie ostatniej książki wcale nie oznacza końca przygody, która, gwarantuję, będzie uwierać jeszcze przez długi czas.

wtorek, 11 marca 2014

Tahar Ben Jelloun, Dziecko piasku

Bez wątpienia największe rozczarowanie ostatnich miesięcy.

Problem z tą powieścią polega na tym, że zawiera się w niej tak wiele różnych wątków, że w rezultacie niczego nie traktujemy poważnie. Jest to historia opowieści o Ahmedzie – kobiecie, która z woli ojca została wychowana na mężczyznę. Choć tym, którzy żyją w Polsce mogłoby się wydawać, że gender to temat nowy i kontrowersyjny, świat zachodni przerobił tę lekcję kilkadziesiąt lat temu. Kwestia płci kulturowej w literaturze to także temat nienowy, a zagadnienia androgynii poruszała w niezwykle współczesny sposób między innymi Virginia Woolf. Role społeczne i ich kształtowanie się w zależności od płci kulturowej są dość dobrze omówione nie tylko przez teoretyków spod znaku gender czy feminizujące pisarki i posiadają w literaturze dość pokaźną reprezentację. Dziecko piasku właściwie trudno określić inaczej niż „kolejny głos w niekończącej się dyskusji”, przy czym powieść ta do tematu gender nie wnosi właściwie nic nowego, powtarzając w kółko te same frazesy. Los kobiet jest ciężki, więc udawanie mężczyzny powinno, przynajmniej w teorii, być swego rodzaju wyzwoleniem, ale natura daje o sobie znać i nasza bohaterka-bohater cierpi z powodu niezgodności płci kulturowej z płcią biologiczną. Wszystko okraszone jest sporą dawką oczywistości pod tytułem „jak mogę zrezygnować z bycia mężczyzną, jeśli oznacza to zamknięcie w domu”. To oczywiście temat wciąż ciekawy, tu jednak przedstawiony jest tak powierzchownie, że wypadałoby jedynie zamknąć książkę i wrócić do Orlando wspomnianej na początku Virginii Woolf.

Może należałoby zatem zanalizować Dziecko piasku od innej strony: problemu narracji i wiarygodności narratora. W powieści narratorów jest kilku i znakomitą większość z nich możemy podejrzewać o to, że z pierwotną opowieścią mają niewiele wspólnego i najzwyczajniej w świecie zmyślają dalsze losy bohaterki. To także nie jest, oczywiście, pomysł nowy, ale wciąż wart eksplorowania. Znowu jednak, jak w przypadku zagadnień związanych z płcią, coś, co mogło stanowić o wyjątkowości książki, raczej nudzi niż porusza. Co zawiodło w tym przypadku? Może to wina samej historii?

W jednym z opisów książki przeczytałam, że nad powieścią unosi się duch Borgesa. To między innymi to stwierdzenie zachęciło mnie, wielbicielkę autora słynnej Biblioteki Babel, do sięgnięcia po tę pozycję. I z przykrością muszę stwierdzić, że nie zauważyłam w Dziecku piasku ani grama Borgesa, może poza tytułowym piaskiem (kto czytał Jorge Luisa, ten wie, o czym piszę). A więc Borges także okazuje się mylnym tropem.

Może w swoim rozczarowaniu robię się zbyt krytyczna, powieść przecież nie musi koniecznie o czymś mówić, mniej czy bardziej doniosłym. Ale Dziecko pustyni bardzo nachalnie narzuca się z pewnymi sposobami odczytania, które niestety niezbyt się sprawdzają. To nie jest książka zła, czyta się ją nieźle, jest w niej parę ciekawych fragmentów i pewien senno-pustynny klimat, który niezmiernie mnie pociąga. Jednak z każdą kolejną stroną mój entuzjazm malał i z przykrością muszę stwierdzić, że książka, która zapowiadała się na jedną z lepszych, jakie ostatnie czytałam, okazała się co najwyżej niezła. A zatem naciągane 6/10, za dobry tytuł.